Medale, punkty i wielkie nazwiska. Czy naprawdę mówią nam, które wino warto otworzyć?
Medale, punkty i wielkie nazwiska. Czy naprawdę mówią nam, które wino warto otworzyć?
W świecie wina łatwo ulec złotym medalom, wysokim notom i głośnym nazwiskom. Tylko czy nagrody naprawdę są najlepszym drogowskazem, kiedy wybieramy butelkę dla siebie albo dla kogoś bliskiego?
Kiedy stajemy przed półką z winem, bardzo łatwo wpaść w pułapkę prostego myślenia. Jeśli butelka jest obwieszona medalami, ma naklejkę z wysoką punktacją i jeszcze pojawia się przy niej nazwisko znanego krytyka, to pewnie właśnie ona będzie najlepszym wyborem. Tylko czy na pewno tak jest? Czy większą przyjemność sprawi nam wino, które rzeczywiście trafia w nasz gust, czy raczej to, które zostało docenione przez konkursowe jury albo nagrodzone 98 punktami przez uznanego dziennikarza?
Wystarczy rozejrzeć się po sklepie, żeby zobaczyć, jak silnie działa ten mechanizm. Nawet butelki bardzo przeciętnych win potrafią być oklejone złotymi i srebrnymi medalami. Czasem nie wiadomo nawet, kto je przyznał i za co. Samo wyróżnienie ma wtedy robić wrażenie, budować pozór jakości i podpowiadać konsumentowi, że oto trzyma w ręku coś wyjątkowego. Problem w tym, że medal nie zawsze znaczy to samo, a liczba punktów nie zawsze mówi całą prawdę o winie.
Właśnie dlatego warto przyjrzeć się bliżej nagrodom i punktacjom w świecie wina. Nie po to, żeby je podważać, ale po to, żeby lepiej rozumieć, kiedy naprawdę mają znaczenie, a kiedy są tylko marketingowym ozdobnikiem.
W świecie wina konkursy odgrywają ważną rolę. To prestiżowe wydarzenia, podczas których sommelierzy, enolodzy, krytycy i inni eksperci oceniają wina według określonych kryteriów. Liczy się aromat, smak, równowaga, struktura i ogólna jakość. Zazwyczaj degustacje odbywają się w ciemno, bez znajomości etykiety, producenta czy ceny, co ma zapewnić możliwie obiektywną ocenę.
Jednym z najbardziej znanych konkursów jest Decanter World Wine Awards.
Organizowany przez brytyjski magazyn Decanter od lat przyciąga producentów z całego świata i należy dziś do najważniejszych wydarzeń tego typu. Wina oceniane są w 100 punktowej skali, a najlepsze z nich otrzymują medale platynowe, złote, srebrne lub brązowe. Zdobycie wyróżnienia w takim konkursie realnie wpływa na rozpoznawalność wina, a często także na jego sprzedaż.
Podobnie działa International Wine Challenge, kolejny duży i prestiżowy konkurs, również organizowany w Wielkiej Brytanii. Jego siłą jest rygorystyczny proces oceniania i duży nacisk na spójność werdyktów. Wyniki takich konkursów są szeroko komentowane w branży, śledzone przez importerów, restauratorów i dziennikarzy, a dla wielu producentów stają się ważnym argumentem handlowym.
Ale świat ocen wina nie kończy się na konkursach. Równie duże znaczenie mają punkty przyznawane przez krytyków i magazyny branżowe. To właśnie tutaj pojawiają się nazwiska, które od dekad wpływają na decyzje zakupowe konsumentów i strategie producentów. Wśród nich szczególne miejsce zajmują Robert Parker, James Suckling i Jancis Robinson. Każde z nich reprezentuje inne spojrzenie na wino. Każde też inaczej kształtuje nasz sposób myślenia o jakości.
Robert Parker to postać niemal legendarna. Zanim stał się najpotężniejszym głosem w świecie wina, pracował jako prawnik bankowy. Wszystko zmieniła podróż do Francji i fascynacja europejskimi winami. Parker szybko zauważył, że wiele recenzji nie jest tak niezależnych, jak powinno być, i postanowił zbudować własny model oceniania. W 1978 roku założył The Wine Advocate i zaczął publikować recenzje, które z czasem zmieniły rynek.
Największą sławę przyniosła mu trafna ocena rocznika Bordeaux 1982. Gdy inni byli sceptyczni, on dostrzegł jego potencjał. Historia przyznała mu rację, a od tamtej chwili jego wpływ zaczął rosnąć lawinowo. Parker nie tylko oceniał wina. On realnie wpływał na ich ceny, prestiż i pozycję na rynku. Wino z wysoką notą Parkera mogło w krótkim czasie stać się obiektem pożądania kolekcjonerów i inwestorów.
Wprowadzona przez niego 100 punktowa skala, inspirowana amerykańskim systemem ocen, stała się branżowym standardem. Była prosta, czytelna i niezwykle skuteczna. Jednocześnie właśnie ta prostota stała się źródłem problemu. Kiedy jedna punktacja zaczyna decydować o sukcesie producenta, pojawia się pokusa, żeby tworzyć wina nie według własnej wizji, ale pod gust osoby oceniającej.
Tak narodziło się zjawisko nazywane parkeryzacją. Wielu producentów zaczęło wzmacniać koncentrację win, podbijać ekstrakt, alkohol i wpływ beczki, bo właśnie taki styl szczególnie dobrze wypadał w ocenach Parkera. Dla jednych było to potwierdzenie jakości. Dla innych początek utraty lokalnego charakteru, terroir i różnorodności. Krytycy zarzucali Parkerowi, że przez jego wpływ wina z różnych regionów świata zaczęły smakować coraz bardziej podobnie.
Nie zmienia to jednak faktu, że Parker pozostaje jedną z najważniejszych postaci w historii współczesnej krytyki winiarskiej. Pokazał, że recenzent może stać się realną siłą rynkową. I właśnie dlatego jego nazwisko do dziś budzi tak silne emocje.
James Suckling działa inaczej, choć również posługuje się 100 punktową skalą. Przez wiele lat był związany z Wine Spectator, a później stworzył własną platformę, na której publikuje recenzje win z całego świata. W branży cieszy się ogromną rozpoznawalnością, a producenci bardzo uważnie śledzą jego oceny.
Jego styl jest bardziej bezpośredni, bardziej emocjonalny i nastawiony na natychmiastowe wrażenie. Suckling lubi wina efektowne, intensywne, wyraziste. Dla wielu odbiorców to zaleta, bo jego noty są czytelne i łatwe do przełożenia na decyzję zakupową. Z drugiej strony bywa krytykowany za zbyt lekką rękę w przyznawaniu wysokich ocen. Niektórzy zarzucają mu, że zbyt wiele win otrzymuje ponad 90 punktów, przez co sama punktacja traci na ostrości.
I właśnie tu pojawia się pytanie, które zadaje sobie wielu miłośników wina. Kogo słuchać bardziej. Parkera czy Sucklinga. Który z nich ma rację. A może samo pytanie jest źle postawione.
Bo wtedy na scenę wchodzi Jancis Robinson. I nagle okazuje się, że można mówić o winie zupełnie inaczej.
Jancis Robinson nazywana jest pierwszą damą wina nie bez powodu. Jako pierwsza osoba spoza branży winiarskiej zdobyła prestiżowy tytuł Master of Wine, a jej pozycja w świecie wina od lat pozostaje wyjątkowa. Studiowała matematykę i filozofię w Oksfordzie, ale to wino stało się jej życiową pasją. Przez lata pisała dla Financial Times, a jej wiedza, precyzja i ogromna uważność uczyniły ją jedną z najbardziej szanowanych postaci w branży.
W przeciwieństwie do Parkera i Sucklinga Robinson nie buduje swojej siły przede wszystkim na punktach. O wiele ważniejszy jest dla niej opis. Kontekst. Styl. Terroir. Sposób, w jaki miejsce, człowiek i rocznik spotykają się w kieliszku. Kiedy pisze o winie, interesuje ją nie tylko to, czy jest dobre, ale także dlaczego takie jest i co mówi o swoim pochodzeniu.
Jej recenzje są bardziej wymagające, bo nie dają prostego skrótu w postaci jednej liczby. Zamiast tego proponują czytelnikowi głębsze wejście w świat wina. Dla jednych będzie to podejście mniej wygodne. Dla innych znacznie bardziej uczciwe i wartościowe. Robinson przypomina, że wino nie zawsze da się sprowadzić do punktu, medalu czy miejsca w rankingu.
I może właśnie dlatego cała ta trójka mówi nam coś ważnego nie tylko o winie, ale też o nas samych. Parker pokazuje siłę systemu i wpływu. Suckling opowiada o emocji i natychmiastowej atrakcyjności. Robinson przypomina o sensie, źródle i charakterze. Każde z tych podejść może być użyteczne, ale żadne nie powinno być traktowane jak jedyna prawda.
Warto też pamiętać, że obok globalnych konkursów i wielkich nazwisk istnieją przewodniki lokalne, które mają ogromne znaczenie na poszczególnych rynkach. Włoski Gambero Rosso czy hiszpańska Guia Peñín od lat wpływają na decyzje importerów, dystrybutorów i restauratorów. Często to właśnie one najlepiej pokazują, co naprawdę dzieje się w danym kraju, regionie czy stylu.
Czy to wszystko oznacza, że nagrody i punkty nie mają znaczenia? Wręcz przeciwnie. Mają. Potrafią być cenną wskazówką, pomagają poruszać się po ogromnym świecie wina i często zwracają uwagę na butelki, po które inaczej byśmy nie sięgnęli. Dla producentów są ważnym wsparciem, dla importerów punktem odniesienia, dla konsumentów mogą być pomocnym drogowskazem.
Problem zaczyna się wtedy, gdy zaczynamy wierzyć, że medal załatwia wszystko. Że złota naklejka na butelce mówi więcej niż własny smak. Że 96 punktów musi znaczyć więcej niż dobrze spędzony wieczór przy winie, które po prostu nam odpowiada. A przecież nie o to w tym chodzi.
Wino nie jest egzaminem. Nie trzeba go zdawać na ocenę. Nie trzeba wybierać butelki, która zrobi największe wrażenie na papierze. Czasem najlepsze wino to nie to, które zdobyło najwięcej punktów, ale to, do którego chcemy wrócić. To, które pasuje do chwili, do stołu, do ludzi i do nastroju.
Dlatego warto czytać oceny, znać nazwiska, rozumieć znaczenie konkursów i nie ignorować nagród. Ale jeszcze bardziej warto ufać własnemu smakowi i pamiętać, że nawet najbardziej prestiżowe wyróżnienie nie wypowie się za nas po pierwszym łyku.
Bo ostatecznie nie liczy się to, ile medali było na etykiecie. Liczy się to, co wydarzyło się po otwarciu butelki. Jeśli wino smakuje, zostaje w pamięci i chce się nalać kolejny kieliszek, to właśnie ono wygrało.